O podróży do Tajlandii mógłbym opowiadać godzinami. Pośród setek pozytywnych wspomnień, jest też sporo tych związanych z motoryzacją. To między innymi one sprawiły że, po powrocie do Polski postanowiłem sprawdzić, czy uwielbiane przez Tajów Isuzu D-Max sprawdzi się też na naszym podwórku.

Bycie millenialsem ma swoje plusy. Jeśli też zaliczasz się do tej grupy, to pamiętasz czasy Pegasusa i „Strażnika Teksasu”. Chyba każdy Kajtek wychowany na aktorskich kreacjach Chucka Norrisa, marzył o tym, aby w przyszłości zasiąść za kierownicą pick-upa. Lata 90-te nie sprzyjały jednak tego rodzaju autom. Kapitalizm i popkultura zrobiły jednak swoje. Dziś na drogach widać więcej użytkowych terenówek.

Chociaż po całej Europie nie jeździ ich pewnie tyle co w samym tylko Teksasie, to i tak źle nie jest.

Moje zainteresowanie pick-upami wzmogła wizyta w Tajlandii, gdzie niepodzielnie króluje Isuzu D-Max. Na pewno na popularność tego modelu wpływa to, iż Japończycy produkują go właśnie w Krainie Uśmiechu. Isuzu widać wszędzie. Pick-upy robią w tym azjatyckim kraju za środek transportu zbiorowego. Z kolei prywatni właściciele często poddają swoje egzemplarze tuningowi.

Marka znana w Polsce głównie z produkcji silników do Opla, tak wyryła się w mojej podświadomości, że po powrocie na rodzinne Podlasie postanowiłem poznać ją bliżej. Dzięki uprzejmości autoryzowanego dilera, firmy TOP AUTO sprawdziłem, jak nowy D-Max (wersja LSX) radzi sobie w umiarkowanym klimacie.

 

Piątek zapoznawczy
Spotkanie z nieznanym zawsze budzi emocje. Chociaż już trochę znałem auto, nie miałem pojęcia, jak rozwinie się nasza bliższa znajomość. W końcu dotychczasowa relacja była przelotna i czysto wakacyjna.

Niczego nie mogę zarzucić bryle nadwozia D-Max’a. Jego design wpasował się w kanon kształtów przyjęty przez japońskich i niemieckich producentów. Nie jest to na pewno Ford Ranger, w którym należy wozić ze sobą karabin Winchester i lasso. Isuzu nie pretenduje jednak do zdobywcy Dzikiego Zachodu. Nie znaczy to absolutnie, że nie ma tzw. „cojones”. Wręcz przeciwnie. Skupmy się jednak na specyfikacji. Mój egzemplarz wyposażono w światła LED do jazdy dziennej oraz 18-calowe alufelgi, a to dopiero początek listy, którą zaraz rozwinę.

Z fajnych smaczków bardzo spodobał mi się czerwony logotyp Isuzu na przednim grillu.

Napis dobrze kontrastuje z karoserią w odcieniu “Cosmic Black Mica”, jednym z siedmiu kolorów oferowanych przez producenta. Wersja LSX występuje tylko z podwójną kabiną. Mniej wymagający lub bardziej oszczędni mogą wybrać skromniejszą wersję wyposażenia. Ja jednak lubię to co najlepsze. Tak więc na liście akcesoriów testowanego pick-upa znalazły się m.in: welurowe dywaniki, stacja multimedialna Kenwood, kamera cofania i skórzane fotele. Czy trzeba czegoś więcej? Jak dla mnie wystarczy. W końcu nie spotkałem się z Isuzu tylko dla przyjemności.

 

Jak szlachcic na zagrodzie
W środku jest oszczędnie, ale wygodnie. Miejsca nikomu nie brakuje. Jak na roboczą terenówkę przystało – za kierownicą siedzi się wysoko i komfortowo. Testowa wersja Isuzu D-Max została nawet wyposażona w elektrycznie regulowane fotele. Niby szczegół, ale może być bardzo pomocny przy codziennej eksploatacji.

Wnętrze nowego D-Max’a niemal w całości wykończono czarnym plastikiem. To co w przypadku wielu innych aut uznaje się za wadę, ja interpretuję jako nieocenioną zaletę.

Materiały są plastikowe, ale za to solidne i łatwe do czyszczenia. Nie oszukujmy się – w tym aucie w garniturze raczej nikt jeździł nie będzie. Ostatnią czynnością wykonywaną przez osoby kierujące będzie czyszczenie butów przez podróżą. Nazywajmy rzeczy po imieniu – to auto do pracy i zabawy.

Muszę pochwalić japońskich designerów za dobre połączenie prostoty z ergonomią. Koncepcja “projektowania uniwersalnego” zdecydowanie się w Isuzu sprawdziła. Obsługa funkcji auta jest maksymalnie intuicyjna. Na kierownicy znalazły się tylko niezbędne przyciski funkcyjne.

Wyświetlacz umieszczony pomiędzy czytelnymi zegarami pokazuje jedynie potrzebne informacje. Przyciski do obsługi klimatyzacji i nawiewów wkomponowano w centralną część kokpitu, tuż pod panelem wyświetlacza systemu multimedialnego Kenwood. Stacja multimedialna z dotykowym panelem oraz nawigacją GPS miło zaskoczyła mnie intuicyjną obsługą. Ma wszystko co potrzebne zarówno podczas wypadu po paletę nawozów, jak i przejażdżki na polowanie. Polubiliśmy się od początku. Do tego producent wyposażył auto w 8 głośników.

 

Poczciwy Japończyk z charakterem

Odnowiony D-Max otrzymał zupełnie nowe serce. Obecnie auto można zamówić tylko z dieslem o pojemności 1.9 l i mocy 163 KM. Japończycy nie chcieli doposażać poprzedniego silnika w system SCR. Musieliby to zrobić, jeśli chcieliby zachować pojemność 2,5 l i jednocześnie spełniać normy emisji spalin.
Tym samym dotychczasową jednostkę zastąpili mniejszą, ale o tej samej mocy. Czy można mieć im to za złe? Osobiście wolę rozsądny downsizing niż poszukiwanie stacji benzynowych, na których oprócz oleju napędowego dostanę też AdBlue (wodny roztwór mocznika). Obecność filtra DPF jest w tym wypadku oczywista. Takie auto z założenia ma pracować pod obciążeniem – a co za tym idzie – filtr nie powinien stwarzać problemów. Ok, odpalam silnik.

Za sprawą bezkluczykowego otwierania i uruchamiania pojazdu wystarczy jedno dotknięcie przycisku, umieszczonego w miejscu tradycyjnej stacyjki. Brzmienie napędzanej olejem napędowym jednostki jest dość charakterystyczne. Mówiąc szczerze, japoński silnik brzmi jak typowy klekot. Przy wyższych obrotach ten dźwięk może irytować. Wspomniany system audio z 8 głośnikami bardzo się wówczas przydaje. Automatyczna skrzynia pracuje całkiem nieźle, chociaż trzeba przyznać, że czuć, kiedy bieg wskakuje na wyższy. Reduktor w formie pokrętła znajduje się tuż obok lewarka. Standardowo napęd jest przekazywany na tylną oś. D-Max nie byłby jednak pełnoprawnym pick-upem , gdyby nie napęd 4×4. Na szczęście w Polsce zakupić innej wersji się nie da.

 

Pierwsze wrażenia
Już po kilku minutach za kółkiem Isuzu przekonałem się, że intuicja mnie nie zawiodła – to naprawdę proste w obsłudze auto. Chociaż w środku oferuje sporo przestrzeni i wygodną pozycję, to podczas podróży da się odczuć jego sztywne zawieszenie. Nie wiem czy wynikało to z niewłaściwego ciśnienia powietrza w oponach, czy taka już uroda tego modelu. W każdym razie muszę przyznać, że przy 140 km/h samochód zachowywał się stabilnie. Szybciej nie jechałem, bo mija się to z celem.

Wspólny weekend rozpocząłem od przejażdżki po Białymstoku. D-Max miło się prowadzi. Jak na swoje wymiary jest dość zwrotny. Parkowanie pod dyskontami do najłatwiejszych jednak nie należy, przynajmniej na początku.

Wszelkie manewry ułatwia wmontowana w klamkę tylnej klapy kamera cofania. Zdecydowanie warto w nią zainwestować. Na co dzień jeżdżę Astrą, więc podgląd tego, co dzieje się z tyłu uchronił kilka aut przed przesunięciem podczas parkowania. O to czy przewiozę zakupy lub rower obawiać się nie musiałem. Isuzu posiada skrzynię o wymiarach 155 cm x 153 cm x 46,5 cm (wymiary dla wersji LSX).     Z doświadczenia radzę dorzucić do podstawowego ekwipunku pas transportowy. Przydaje się przy unieruchomieniu ładunku na pace. Pick-up może na niej spokojnie przetransportować wszystko, co ma stałą postać i waży tonę. Moc auta pozwala również na hol przyczepy o masie do 3,5 tony. Nie ma co, pracowity z niego Japończyk.

Wąskie uliczki to jednak niezbyt odpowiednie miejsce dla tego rodzaju pojazdu. Jazda nim po mieście to jak hodowanie bernardyna w kawalerce na 8. piętrze. Poza tym spory prześwit sprawiał, że po pewnym czasie przestałem zwalniać przed “leżącymi policjantami”, a “ronda” przy ul. Jagienki i ul. Skorupskiej pokonywałem na przełaj. Mimo pokusy nie zdecydowałem się na ignorowanie przepisów ruchu na większych skrzyżowaniach o ruchu okrężnym. Zabrałem zatem nasze Isuzu D-Max za miasto.

 

Kamera, akcja
W sobotni poranek wypadał ostatni przyzwoity termin na dogranie scen teasera weselnego. Wspólnie z żoną i operatorem obrazu stwierdziliśmy, że na plan zdjęciowy pod Sokółką wybierzemy się właśnie Isuzu.

40 km trasy w jedną stronę minęło dość spokojnie. Nawet udało się nam coś wyprzedzić. Kiedy zjechaliśmy z drogi publicznej, auto zachowywało się bardzo przyzwoicie. Jazda po sypkim piasku oraz pokonywanie łagodnych wzniesień nie przysporzyło skromnemu Japończykowi żadnych problemów. Wysoka pozycja za kierownicą i automatyczna skrzynia biegów sprawiła, że jako kierowca nie mogłem narzekać na komfort, mimo zróżnicowanych warunków.

Co istotne, Isuzu również wzięło udział w nagraniu teasera. Muszę przyznać, ze auto swoją epizodyczną rolę odegrało pierwszorzędnie. Zresztą, sprawdźcie sami.

 

Life like a Texas Ranger
Niedziela zapowiadała się pochmurnie, ale wesoło. Zresztą z Isuzu D-Max nikt na brak frajdy narzekać nie powinien. W końcu to pick-up, a samochody tego rodzaju są skierowane do: przedsiębiorców pracujących w ciężkim terenie, geodetów, rolników, budowlańców, wiejskich weterynarzy, myśliwych, drwali, leśników i całej reszty, która kocha wolność. Kabriolety słabo się u nas sprawdzają z powodu klimatu. Auta pokroju testowanego Isuzu czują się za to na Podlasiu jak ryba w wodzie, o ile trafią we właściwe ręce.

Lubisz nagle zjechać z równej drogi i sprawdzić, co kryje się za horyzontem? Nie boisz się, że gałęzie na leśnej dróżce porysują Ci lakier? Masz uśmiech na twarzy, gdy spod kół bryzga śnieg z błotem? To dobrze, bo ja też. Wybrałem się zatem na kolejną przejażdżkę testowym autem. Tym razem w zupełnie innym kierunku.

Zamiast monotonnego toczenia się po S8, sprawdziłem jak wyglądają te tajemnicze i kręte boczne drogi dojazdowe. O dziwo trzymają się dobrze. Podobnie jak ja na miejscu kierowcy podczas nieco bardziej agresywnego pokonywania zakrętów. Fotele są naprawdę wygodne – do tego zapewniają trzymanie boczne. Warto też wspomnieć o całej masie rozwiązań takich jak: asystent ruszania pod górę (HSA), asystent zjeżdżania ze wzniesienia (HDC), asystent hamowania (BA) czy reflektory projekcyjne. Każde z nich wpływa na bezpieczeństwo podróżujących (lub też pracujących). Do tego Isuzu posiada konstrukcję ramową ze wzmocnionej stali i 6 poduszek powietrznych. Tym samochodem naprawdę bezpiecznie się podróżuje – nie tylko ze względu na gabaryty gwarantujące szacunek innych kierowców.

Przez pole do lasu i z powrotem

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów krętymi asfaltówkami i zapomnianymi szutrami moim oczom ukazał się las (nie, nie był to las krzyży). Za nim czekało miejsce docelowe podróży, czyli moja rodzinna farma. Postanowiłem zrobić domownikom niespodziankę i podjechałem pod zabudowania nieco rozjeżdżoną drogą techniczną, przeznaczoną jedynie dla maszyn rolniczych. Dla Isuzu pokryta koleinami ścieżką nie stanowiła większego problemu, w końcu do nie takich przeszkód został zaprojektowany.

Postawiłem pick-upa na podwórku i zacząłem się zastanawiać, ile różnych zastosowań może mieć takie auto. Przy niedzieli ciężkich robót zaczynać nie wypada, więc większość czasu przeznaczałem na relaks, szukając bezdroży.

Wielozadaniowość tego samochodu naprawdę mnie zaskoczyła. Każdy, kto wykonuje jeden ze wspominanych wcześniej zawodów na pewno by mnie zrozumiał. D-Max nie boi się ani terenu, ani ciężkiej roboty. Do tego udało się mi się uzyskać średnie spalanie na poziomie lekko powyżej 10 l/100 km, a to przyzwoity wynik przy moim stylu jazdy.

 

Zbyt skromny

Isuzu to fajne auto, które powinien wziąć pod uwagę każdy, kto poszukuje pojazdu jeszcze bardziej praktycznego niż zwykła terenówka. Niestety, pick-upy są u nas wciąż niszowym segmentem – a co się z tym wiążę – kierowcy zazwyczaj wybierają bardziej medialne marki. Japończycy powinni postawić na lepszy marketing. Chociaż mają bardzo intuicyjną stronę internetową ze świetnym kreatorem, to wciąż brakuje im dobrej reklamy, która sprawi, że Polacy dostrzegą w Isuzu silnego zawodnika. Ja w niego wierzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *