Narkotyki, orgie, całonocne balangi – tak zwykle kojarzymy futbolistów za sprawą medialnych afer. Niewielu z nas zdaje sobie jednak sprawę, że football amerykański to przede wszystkim przemyślana taktyka oparta na inteligencji, sprycie i zwinności. Wbrew pozorom, siła ma tu drugorzędne znaczenie.
Medialna otoczka nie jest dziełem przypadku. W stanach dyscyplina ta urosła do rangi religii, w której najlepsi zawodnicy swoim blichtrem potrafią niekiedy przyćmić gwiazdy dużego ekranu. O popularności narodowego sportu Amerykanów przekonujemy się na każdym kroku. „Ostatni skaut” czy „Batman – Mroczny Rycerz powstaje” to tylko kilka z całego wachlarza hollywoodzkich produkcji, przez które w mniejszym lub większym stopniu przewija się temat footballu.
Jak pokazują wyniki, w Polsce również cieszy się on coraz większą popularnością. W przyszłym roku prawdopodobnie podwoi się liczba drużyn biorących udział w ligowych zmaganiach.
Lowlanders – początek
Początki białostockich rozgrywek footballu amerykańskiego sięgają połowy minionej dekady. Wówczas to Bartłomiej Grochowski – pełniący później funkcję trenera drużyny – postanowił spróbować zaszczepić tę ideę w rodzinnym mieście. Wcześniej osobiście poznał prawa rządzące tym sportem, grając w Anglii i Szwecji. Informacja o pierwszym spotkaniu padła na forum Jagiellonii. Mimo zimowej aury, na treningu w parku Antoniuk stawiła się spora grupa chętnych. Powoli zaczął się również wyłaniać trzon obecnej ekipy.
Z czasem nieformalny związek kilku osób rzucających piłką przekształcił się w oficjalne stowarzyszenie. Wówczas wszystko zaczęło nabierać tempa. Już w sezonach 2007-2009 drużyna grała w pierwszej lidze PLFA. Dwa lata później do Białegostoku ściągnięty został profesjonalny szkoleniowiec z USA – Wayne Anderson Jr. Niestety olbrzymia wiedza nie szła w parze z charyzmą, przez co po rocznym kontrakcie wrócił on do rodzinnego Miami. Lowlandersi jednak dalej konsekwentnie kroczyli obranym przez siebie szlakiem.
Lowlanders – trudne realia
Mimo upływu lat i wielu trudach, drużyna dalej zmaga się z problemem braku odpowiedniego miejsca do rozwijania swoich umiejętności.
– Trenujemy, gdzie możemy. Cały sezon przećwiczyliśmy w parku przy ul. Wierzbowej – mówi Rafał Bierć, prezes stowarzyszenia.
Problemem są również pieniądze. Oprócz dotacji z miasta, zawodnicy opierają się głównie na własnych funduszach. Brak odpowiedniego zaplecza poważnie ogranicza możliwości futbolistów.
Mimo barier, drużyna cały czas pracuje nad formą. Bardziej doświadczeni zawodnicy po odpowiednich szkoleniach [organizowanych przez Polski Związek Footballu Amerykańskiego – red.] nieustannie analizują nagrania z rozgrywek, aby przekazać wiedzę swoim kolegom. Członkowie zespołu sami też przygotowują boisko do gry. O efektach włożonej pracy najlepiej świadczą wyniki.
Lowlandersi z powodzeniem zmagają się w pierwszej lidze PLFA szturmując szczyt tabeli. W ostatnim sezonie na osiem spotkań tylko jedno zakończyło się przegraną białostoczan – z Husarią Szczecin.
Ponadto dwóch naszych zawodników zostało powołanych do kadry Polski w futbolu amerykańskim. Sukcesy cieszą, jednak wiele jest jeszcze do zrobienia. Wyjazdy, sprzęt i wynajem obiektów treningowych kosztują, dlatego cały czas poszukiwany jest solidny sponsor, który pomoże drużynie rozwinąć skrzydła.
Żaden z członków zespołu nie siedzi z założonym rękami czekając na mannę z nieba. Panowie bardzo często promują swoją dyscyplinę podczas różnego typu imprez. Zawsze też chętnie wspierają wszelkie inicjatywy charytatywne, odwiedzają najmłodszych w szkołach i przedszkolach.
Wielu z nich regularnie oddaje krew. Wspólna pasja i determinacja w działaniu sprawiły, że stali się dla siebie przy tym czymś więcej niż tylko kolegami z boiska. Można powiedzieć, że dziś to swego rodzaju „kompania braci”.
Nasi futboliści zyskali też wierne grono kibiców. Wszystko za sprawą braci Dąbrowskich, którzy wraz z grupą znajomych zadbali o to, by gracze nie czuli się osamotnieni zarówno na wyjazdach, jak i podczas zmagań w rodzinnym mieście.
– To naprawdę nieziemskie uczucie, kiedy cały stadion skanduje za naszymi plecami: „Lowlanders – go, go!” – wspomina Rafał Bierć.
Lowlanders – orzeł czy reszka?
Każdy z nas chociaż raz miał okazję spotkać się z footballem amerykańskim: czy to oglądając reklamę sportowych butów w serwisie YouTube, czy kolejną komedię osadzoną w realiach amerykańskich college’ów. Niewielu z nas ma jednak pojęcie o zasadach tej niezwykle emocjonującej gry, w której nie liczą się tylko szybkość i siła, ale też spryt, zwinność i taktyka.
Do rozegrania meczu wystarczy prostokątna murawa o długości 120 jardów(109,728 m) oraz szerokości 53 i 1/3 jarda (48,768 m). Trzeba ją jednak wcześniej odpowiednio przygotować malując linie poprzeczne symbolizujące odległość(zwykle co dziesięć jardów) oraz ustawić bramki. O tym, która z drużyn rozpoczyna pojedynek, decyduje tradycyjny rzut monetą.
Następnie zawodnicy, aby utrzymać piłkę, muszą w czterech próbach przenieść ją w kierunku pola punktowego przeciwnika o co najmniej dziesięć jardów. Przy czwartym podejściu mogą ją wykopać. Przy trafieniu w bramkę drużyna otrzymuje 3 punkty. Zadaniem rywali jest skuteczne przejęcie piłki. Żadna ze stron nie ma łatwo, bowiem każda z akcji musi być starannie zaplanowana, praktycznie w każdym calu. Nie ma tu miejsca na solowe popisy. Klucz do sukcesu stanowią przede wszystkim strategia i inteligencja.
Czas szlifować formę
Chociaż tegoroczne rozgrywki dobiegły końca, Lowlandersi nie planują wakacji. Przed nimi jeszcze wiele pracy – zarówno nad formą, taktyką, jak i promocją wciąż jeszcze mało znanego footballu amerykańskiego. Cały skład jednak z optymizmem patrzy w przyszłość. W końcu przede wszystkim od ich nastawienia zależy to, ile ciężkich jardów uda im się wspólnie pokonać.
Tekst: Karol Rutkowski, foto: Bi-Foto Reporter.
Opublikowano w Fakty Białystok, nr 16, 2013 r.