Pierwszy dzień w Bangkoku jest dość emocjonującym przeżyciem. Mamy go za sobą, więc chętnie podzielimy się swoimi doświadczeniami. Początki bywają trudne, ale uwierz nam – pokochasz to miasto.

Cześć. Być może jeszcze się nie znamy. To nawet bardzo prawdopodobne. Tak więc mam na imię Karol i wraz z moją żoną Agnieszką odwiedziliśmy Tajlandię w lutym 2017 roku.

Opowiem Ci, jak wyglądał nasz pierwszy dzień w tajskiej stolicy. Być może dzięki temu dowiesz się, co zrobić, aby bezstresowo przeżyć aklimatyzację w Bangkoku. Uprzedzam! Jeśli wybierasz się na dziewiczą wyprawę do Azji, wiele rzeczy może Cię tam zdziwić.

 

Jet lag

Łóżko dawało radę. Chcieliśmy się do siebie przytulić, ale wówczas byłoby nam zbyt gorąco. Ja tradycyjnie nie mogłem zasnąć. Lokum przypominało trochę tani hostel z „Niebiańskiej plaży”. Na szczęście tylko przypominało. Kwatera zdecydowanie przewyższała czystością swój filmowy odpowiednik.

W takich chwilach uświadamiasz sobie jak niesamowite jest życie. Możemy debatować o złych stronach rozwoju technologii, ale dzięki niej w ciągu 24 godzin przemierzyliśmy pół świata. Niestety, nie ma aplikacji redukującej zmęczenie. Właśnie spełniało się nasze życiowe marzenie, a my nie daliśmy rady udźwignąć ciężaru ospałych powiek.

Obok twarzy czułem kosmyki znajomych, kobiecych włosów. Pokój nie miał okien. Łazienka już tak, ale drzwi do niej przymknęliśmy przed udaniem się na drzemkę, więc z naturalnym światłem słonecznym było dość kiepsko.

Chociaż zegarek wskazywał wczesne popołudnie, miałem wrażenie, że dochodzi już północ. Powieki powoli opadały, próbując przyzwyczaić umysł do zawieszonej nad nami na sznurku moskitiery. W przyjemnym chłodzie emitowanym przez klimatyzację odnalazłem wreszcie spokój.

Poczułem, że powoli zasypiam. Miała to być jedynie krótka sjesta. Grafik był tak napięty, że nie mogliśmy tracić zbyt wiele cennych chwil na jet lag.

Good morning Bangkok

W końcu dotarliśmy – to pierwsze słowo, które przeleciało mi przez myśl, gdy ważący 285 ton (bez pasażerów i paliwa ) Airbus A380 dokołował do swego miejsca postojowego na Bangkok-Suvarnabhumi. Wieloletnie marzenie w końcu się ziściło. Pospiesznie ogarnęliśmy podręczne plecaki i zaczęliśmy dreptać w kierunku wyjścia z samolotu.

Ludzi latających zazwyczaj z Modlina lub Warszawy, przy pierwszym kontakcie, tajski port lotniczy może najzwyczajniej w świecie przytłoczyć. Obiekt zajmuje ok. 320 ha. W sumie na jego powierzchni można by zmieścić 16 Stadionów Narodowych, a nasze Okęcie wygląda przy nim jak prowincjonalne lotnisko sportowe z hangarem na motolotnie.

Nie wiem czym bardziej zaskoczyło nas Suvarnabhum – architekturą czy wielkością. Co prawda mieliśmy przesiadkę w Dubaju, ale wylądowaliśmy tam w nocy i na dobrą sprawę nawet nie opuściliśmy terenu lotniska. Trudno więc było nam znaleźć dobry punkt odniesienia.

Poruszając się wraz z rzeką współpasażerów znaleźliśmy się na końcu zawiłej kolejki do kontroli paszportów. Na szybko sprawdziliśmy, czy oby na pewno dane wpisane w otrzymane na pokładzie samolotu Karty Przylotów i Odlotów (Arrival – Departure Cards) są poprawne. Następnie cierpliwie odstaliśmy swoje.

Tajski pogranicznik przybił pieczątkę, zachował sobie Karty Przylotów i życzył nam miłego dnia. Przynajmniej tak się nam wydawało, bo twarz miał zasłoniętą maseczką higieniczną. Zresztą w Tajlandii to normalka – wszyscy obawiają się zarazków. Karty Odlotów zostały w paszportach. Czekał nas tylko odbiór bagażu i… No właśnie. Co dalej?

 

Ogarniamy się

Wbrew powszechnej opinii Sebiksów i Karyn, Tajlandia to zajebiście rozwinięty kraj. Szczególnie pod względem technologicznym oraz infrastrukturalnym. Zawsze powtarzam, że możemy się od Tajów wiele nauczyć. Oni od nas już chyba nie do końca. Nieważne. Kontynuujmy naszą tajską opowieść.

Po chwili oczekiwania wszelkiej maści tobołki wjechały na taśmę. W końcu pojawiły się i nasze plecaki. Były całe, więc odetchnęliśmy z ulgą. Nadszedł czas na długo oczekiwany podbój Bangkoku.

Usiadłem na ławeczce i zacząłem ogarniać się do wyjścia w miasto. Portfel, telefon oraz paszporty z Kartami Odlotów (szczelnie zamknięte w foliowej „dilerce”) umieściłem w nerce, znanej szerzej nad Wisłą jako kołczan prawilności.

Na szybko zmieniłem skarpetki na mniej styrane długą podróżą i lepiej przystosowane do panującej na zewnątrz temperatury. Kiedy podrywaliśmy się z Okęcia termometr pokazywał kilka kresek poniżej 0. Kilkanaście godzin później byliśmy w najgorętszym mieście Azji. W dodatku w lutym, kiedy temperatury w tych rejonach są naprawdę wysokie.

Puchowe kurtki, które po zwinięciu w kłębek zajmują tyle co bochenek chleba, a także niemodne spodnie z odpinanymi nogawkami okazały się dobrym wyborem. Teraz niepotrzebne elementy garderoby leżały gdzieś na dnie plecaka. Najważniejsze, że nie wadziły swoją wagą.

W najbliższym kantorze wymieniliśmy trochę bathów. Suma miała wystarczyć na drobne wydatki. W Polsce żaden cinkciarz nigdy nie pytał mnie o dokumenty. W Tajlandii przy prawie każdej wymianie gotówki prosili mnie o paszport. Bogatsi o kilka banknotów z wizerunkiem nieżyjącego już wówczas króla ruszyliśmy ku wyjściu. Tuż przy nim znajdował się punkt operatora telefonii komórkowej. Oczywiście oblegany przez stado podobnych nam turystów.

Łączność ze światem i Mapami Googla była dla nas niezwykle ważna. To w końcu Bangkok. Wybraliśmy zestaw Happy Tourist SIM za 599 bathów. Karta działa przez 15 dni od chwili aktywacji. W cenie dostajesz 4 GB transferu danych i 100 bathów na rozmowy. Młoda Tajka poprosiła mnie o paszport (w Tajlandii konieczna jest rejestracja każdego numeru). Potem zażądała smartfona. W 2 minuty wymieniła kartę i przeprowadziła konfigurację usług.

W dodatku SIM z moim polskim numerem przykleiła taśmą do opakowania po przed chwilą nabytym numerze turystycznym. Przynajmniej wiedziałem, że się nie zgubi.

Reasumując – lepszej opcji na tani Internet czy połączenia telefoniczne raczej nie znajdziesz. Po szybkim sprawdzeniu Fejsa zaczęliśmy rozkminiać, jak dojechać z lotniska do hotelu. Plan był w sumie gotowy. Nadszedł czas na jego realizację.

 

Bangkok nas zaskoczył

Wiedzieliśmy dokąd mamy dotrzeć. Nie wiedzieliśmy tylko jak i czym. Przynajmniej teoretycznie. Śpiesznym krokiem, obładowani niczym bazarowi kupcy i nieco zmęczeni, zaczęliśmy szukać przystanku Airport Rail Link. Jeśli też zamierzacie korzystać z linii kolejowej, zapamiętajcie jej lokalizację – główny budynek terminalu, poziom B1, dwa piętra pod halą przylotów.

Airport Rail Link to w sumie takie naziemne metro, które dowiezie Cię do samego centrum Bangkoku. Zapłaciliśmy po 150 bathów za osobę i poczekaliśmy chwilę na przyjazd pociągu. Wszędzie było czysto, a peron oddzielała od torowiska tafla szkła z rozsuwanymi drzwiami. Futuryzm jakiego w naszej części Europy nie doświadczysz. Po chwili pojawił się skład. Klimatyzowanymi wagonami mieliśmy dostać się bliżej centrum.

Już pierwsze widoki tajskiego świata zaczęły zapierać dech w piersiach. Z jednej strony oddalał się od nas ogromy kompleks Suvarnabhumi z kolosalną wieżą kontroli lotów na tle nieba. Z drugiej natomiast rysował się typowo azjatycki krajobraz. Sęk w tym, że podziwialiśmy go z góry, gdyż kolejka przez dłuższą część trasy poruszała się wiaduktem, kilkanaście metrów nad ziemią.

Zalane wodą pola ryżowe przypominające stawy, osiedla domków jednorodzinnych o pstrokatych dachach, nowiutkie wieżowce wyrastające obok zrujnowanych budowli, wepchnięte gdzieniegdzie lepianki. Te i inne krajobrazy pochłonęły nas bez reszty.

Nadszedł czas wysiadki. Nie zamierzaliśmy jechać aż na dworzec Makkasan. Cały czas śledziliśmy przebytą trasę za pomocą Google Maps. Kupiona na lotnisku karta SIM okazała się w tym przypadku bezcenna (później również). Bez transferu danych i sygnału GPS takie świeżaki jak my zapewne zgubiłby się już chwile po wyjściu w miasto.

 

Pierwszy szok

W końcu wysiedliśmy na przystanku ulokowanym na jednym z wiaduktów, po czym zeszliśmy schodami w dół na ulicę. Żar lał się z nieba. W powietrzu unosiła się mieszanina specyficznych zapachów, którym bliżej było do smrodku śmietnika niż woni perfum Polo Sport. Sięgająca po horyzont rzeka taksówek, tuk-tuków, skuterów i wszelkiej maści pojazdów nas przytłoczyła. W dodatku, co chwila ktoś proponował nam podwózkę.

Na pierwszy rzut oka ruch uliczny zdawał się być chaotyczny, w dodatku lewostronny, co wymagało szczególnej ostrożności na przejściach. W tym świecie pieszy ma o wiele gorzej niż w Europie.

Dosłownie po chwili zaczepił nas miły, schludnie ubrany tubylec. Pan w wieku 50+ uciął sobie z nami pogawędkę na środku chodnika. Ot tak, zapytał skąd jesteśmy. Nawijał jak katarynka przez ponad kwadrans! Nic nie chciał nam sprzedać. Nawet pomógł przeanalizować mapę, bo zupełnie nie wiedzieliśmy, w którym kierunku mamy iść. Muszę przyznać, że jego wskazówki okazały się pomocne.

Ledwo co przyjechaliśmy, a już zaczęła się nam podobać tajska otwartość. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że nie zawsze jest ona bezinteresowna.

Tajowie są bardzo towarzyscy, ale doskonale zdają sobie sprawę z tego, że na turystach można świetnie zarobić. Niektórzy z nich chętnie do nas zagadywali, pytali o hotel i plan podróży. Często radzili przy tym, abyśmy udali się w konkretne miejsce, np.: do danej agencji turystycznej, sklepu czy salonu masażu. Nie byli jednak zbyt natarczywi. Po prostu chcieli dać znajomym zarobić.

Wspomniany pan działał akurat bezinteresownie. Spotkaliśmy wielu jemu podobnych podczas naszej podróży. Wystarczy odwzajemniać uśmiech.

Wróćmy jednak do wspomnień z dziewiczego dnia w Bangkoku, podczas którego odkrywaliśmy tą tętniącą życiem metropolię.

 

Panie, ale jak to wszystko działa?

Pozytywnie zaskoczeni tajską otwartością i obciążeni bagażem rozpoczęliśmy nasza wędrówkę ku miejscu zakwaterowania. Zmęczenie zaczęło o sobie przypominać, a palące słońce nie ułatwiało marszu. W pewnym momencie Agnieszka odskoczyła na bok.

– Karol, uważaj! – krzyknęła gwałtowanie.

Zareagowałem z lekkim opóźnieniem. W Polsce potrafimy bulwersować się rowerami na chodniku. Tajowie mają zwyczaj jeździć po nich skuterami. Bez kasków i zupełnie bezstresowo lawirują sobie pomiędzy przechodniami jak pomiędzy pachołkami na placu manewrowym WORDu. Tak też i nas ominął jadący chodnikiem skuter. Nasze zdziwienie powoli narastało. U nas to przecież nie do pomyślenia.

– Może przejdziemy na drugą stronę ulicy – zaproponowałem, gdy przed nami wyrosła jedna z nieczęsto spotykanych kładek. Nie chcieliśmy przebijać się środkiem ruchliwej arterii.

Trochę nieswojo czuliśmy się na schodach, z których ręką dało się dosięgnąć plątaniny setek kabli zawieszonych nad ulicą. To też tajski standard. Jak coś się popsuje, nie wymieniają przewodów. Po co, skoro można puścić nowe przy tych niesprawnych? Pierwsze przekroczenie skrzyżowania było koszmarem. Stwierdziliśmy, że poczekamy na jakiegoś miejscowego i pójdziemy za nim. Z duszą na ramieniu, ale się w końcu udało. GPS pokazywał jednak, że do naszego miejsca docelowego jeszcze spory kawałek.

– Pieprzyć to. Łapiemy tuk-tuka! – powiedziałem zrzucając na rogu ulicy swój plecak. W tym skwarze zaczynałem odczuwać jego wagę. Znalazłem pierwszego lepszego kierowcę trójkołowego wehikułu i pokazałem mu wydrukowaną rezerwację z Bookingu. Starszy pan nie znał angielskiego, ale napisany po tajsku adres mu wystarczył.

Załadowaliśmy się na tylną kanapę i wyruszyliśmy w pierwszą podróż tajskimi ulicami. Naturalna klima nieco nas orzeźwiła. Pasy bezpieczeństwa? Jakie pasy?! To tuk-tuk. Wyjątkowo ten konkretny szofer wiedział dokąd jedziemy.

Niska cena za kurs spowodowała, że nieopatrznie zaczęliśmy ufać jego kolegom po fachu. Zresztą, te specyficzne riksze stanowią integralną część lokalnego krajobrazu i wydają się być tańsze od taksówek. Często bywa jednak zupełnie odwrotnie.
Gdy już doczłapaliśmy się do naszego lokum, czekała na nas pewna niespodzianka.

No paper!
Nasz guest house nie był jakoś mega ekskluzywny. Przypadł nam jednak do gustu. Klimacik się zgadzał. Mały pokój z łóżkiem i łazienka. Czego chcieć więcej. Klimatyzacji? Tą też tutaj mieli.

Czytaliśmy trochę o Tajlandii, ale zamontowany obok sedesu gumowy wąż, zakończony końcówką na kształt tej ze sklepu ogrodniczego, trochę nas zdziwił. Lokalizacja prysznica również. Ulokowano go centralnie przy muszli.

Trudy podróży robią swoje. Arabska kuchnia, serwowana na pokładzie Airbusa linii Emirates, była pyszna, ale w końcu trzeba ją kiedyś w jakiś sposób wydalić. Przechodząc do sedna – zatkałem sedes papierem toaletowym 🙁

Konserwator i właściciel w jednym miał z nas niezłą polewkę. Nie znał angielskiego, więc po wykonaniu czynności konserwacyjnej (czyt. przepychanie) rzucił ze szczerym uśmiechem: „no paper”. Bidety na kształt wspomnianego przewodu z końcówką są w praktycznie każdej tajskiej toalecie. Kanalizacja nie jest przystosowana do pochłaniania papieru. Oczywiście rolka też jest na wyposażeniu łazienki, ale służy jedynie do wytarcia pozostałej na skórze wody 😉

Mieliśmy prawo o tym nie wiedzieć. W każdym z późniejszych hoteli czy domów gościnnych wisiała stosowana kartka. W tej toalecie ktoś o niej zapomniał. Nie zapomniało o nas jednak zmęczenie. Jet lag (zespół nagłej zmiany strefy czasowej) nas dopadł. Chociaż Bangkok wchodził w fazę wczesnego popołudnia, naszym organizmom zaczynał doskwierać brak snu. Oddaliśmy się zatem długiej drzemce.

 

Poradnik tajskiego świeżaka
Co było dalej? Hmm… w sumie kontynuowaliśmy swoją wędrówkę. Mógłbym napisać o niej książkę, jednak nie ma to sensu. Tysiące nam podobnych turystów podróżuje każdego roku do Tajlandii. Każdy indywidualnie układa swój plan wyprawy.

Jedni przyjeżdżają tu na podróż poślubną, drudzy chcą zaznać intymnych chwil z tajską pięknością. Tajlandię musisz odkryć osobiście. Od siebie dorzucamy tylko krótkie wyjaśnienie kilku istotnych kwestii. Przeczytasz je poniżej.

Farang – to powszechne określenie turysty o białym kolorze skóry. Nie jest obraźliwe, więc się nie spinaj, kiedy usłyszysz je za plecami w knajpie.

Tajska kuchnia – przez cały wyjazd żywiliśmy się jedzeniem z ulicznych stoisk. Ani razu nas nie zawiodło. Weź garść probiotyków przed wyjazdem i odkryj smaki Tajlandii. Jest naprawdę tanio i smacznie.

Uważaj na tuk-tuki – nie ma bata, abyś się tym nie przejechał. Pamiętaj jednak, że warto ustalić cenę przed kursem i się trochę potargować. Kilkukrotnie pokazywaliśmy kierowcom Mapy Googla. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że to na nic. Tajowie często nie potrafią ich czytać.

Oznaczenia ulic – od głównych ulic często odchodzą boczne. To tzw. zaułki, czyli po tajsku „soi”. Każda z tych alejek ma swój numer. Odczytasz go z tradycyjnej tabliczki na rogu. Jeśli Twój hotel mieści się przy Rama VI Soi 3, a Ty właśnie krążysz po Rama Road, to wiedz, że musisz znaleźć boczną uliczkę oznaczoną numerem 3. Zawsze bierz wizytówkę z recepcji. Może to ułatwić szybki powrót z wypadu na miasto.

Szczepienia przed wyjazdem do Tajlandii – pogadaj z lekarzem rodzinnym. Powie Ci na co się zaszczepić. Jeśli jest ok, zaproponuje przeprowadzenie szczepienia w przychodni (szczepionki musisz nabyć we własnym zakresie). Wiedz jednak, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Na szczepienia decydują się z reguły ci najbardziej uparci i hipochondrycy.

Targuj się – 50% raczej nie wytargujesz, ale negocjując zakup ciuchów czy cenę kursu taksówką często możesz coś ugrać.

Uśmiechaj się – wokół Ciebie krąży mnóstwo życzliwych i wyluzowanych ludzi. Uśmiechają się bezinteresownie.

Bierz z nich przykład. Na zachętę podrzucamy kilka fotek 🙂

 

 

Comments

  1. „… twarz miał zasłoniętą maseczką higieniczną. Zresztą w Tajlandii to normalka – wszyscy obawiają się zarazków.”

    To oni nie noszą maski po to, żeby nie zarażać innych gdy sami są chorzy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *