Filmy jednego z najpopularniejszych reżyserów rodzimego „kina akcji” budzą niemniej emocji niż kolejne części Gwiezdnej Sagi Serii. Niestety, emocje te sprowadzają się zazwyczaj do retorycznych pytań przed premierą: „Co tym razem, i jak mocno, spierdoli ekipa odpowiedzialna za finalny efekt?”. Jak jest z „Kobietami mafii”? Recenzja na chłodno, nawet 48 godzin po seansie, przychodzi z trudem, bo w rodzimej kinematografii „Vege” sam sobie jest okrętem, żeglarzem i sterem. Załogę też ma prawie stałą.

Po całym tygodniu intelektualnego wysiłku, piątkowa wyprawa do kina na film Vegi zdaje się genialnym odmóżdżaczem. Przynajmniej tak mi się wydawało. W końcu po maksymalnie kalającej serię „Pitbull” trzeciej części cyklu pt. „Niebezpieczne kobiety” i kontrowersyjnym „Botoksie” trudno traktować kolejny filmy Krzemienieckiego na serio. Mimo to na popularność swoich dzieł reżyser narzekać nie może. Z przyjęciem przez krytyków bywa już różnie. Na szczęście ja wybitnym krytykiem nie jestem i być nie zamierzam. Obejrzałem od początku do końca „Srpski film”, więc wiem co to kawał ostrego kina!

„Hokus pokus”

Rozpędziłem się. Wybaczacie. Już wracam na ziemię, aby podzielić się przemyśleniami na temat najnowszego tytułu naszej reżyserskiej gwiazdy. Mam jednak pewien problem. „Niebezpieczne kobiety” obejrzałem dopiero we wrześniu, a „Botoks” w październiku i mam lekki „mindfuck”,
bo zaledwie kilka miesięcy później Vege serwuje mi tę samą plejadę gwiazd. Zmienił tylko ich ułożenie w swojej konstelacji.

Mistrz łaskawie wymienił jedynie kilka kart ze swojej talii. Niektórych z owych kart nawet się nie przetasował i tak oto mamy: Tomasza Oświęcinskiego w roli napakowanego idioty, Agnieszkę Dygant w roli twardej i zabawnej niani (follow-up w stronę serialowej przeszłości?), a także bossa mafii — Bogusława Linde oraz Janusza Chabiora w roli cynicznego przełożonego-chuja. Aż chce się zanucić: „Ale to już było”.

Potasowane karty z talii Vegi to: grająca główną rolę Olga Bołądź, a ponadto: Sebastian Fabiański, Katarzyna Warnke i Piotr Stramowski. Dlaczego potasowane? No bo ciężko nie patrzeć na każdą z granych przez nich obecnie postaci przez pryzmat poprzednich ról. Tym razem na ekranie Vega nadał im… hmmm… charakteru. Bołądź od samego początku uczynił seksowną policjantką, Fabiańskiego osadził w roli prawdziwego gangstera, a Stramowskiemu pozwolił być facetem.

Postać Anki, grana przez Warnke, to z kolei temat na osobny wątek. Nie wiem, czy ma ona swój pierwowzór w rzeczywistości. Mam nadzieję, że stworzono ją na potrzeby scenariusza. Po świecie nie mogą stąpać kobiety aż tak głupie! Feministki mają prawo ostro się za nią wpienić.

Z „dobranych kart” na pochwałę zasługuje Lubaszenko. Chociaż odegrał zaledwie epizodyczną rolę, w kilku scenach odzwierciedlił mentalny beton postkomuny w strukturach Policji. Krzywdzące też byłoby pominięcie Aleksandry Popławskiej. Ksywa „Siekiera” dobrze do niej pasuje.

„Wypierdol ją. Daj jej parę złotych i chuj.”

Co do fabuły, rewelacji nie ma. Amerykanie przeorali ten temat na każdy sposób dawno, dawno temu. Nie lubię spoilerów, więc napiszę krótko —„Kobiety mafii” to swego rodzaju miks różnych wątków. Vega wrzucił do komory maszyny miksującej: trochę patologii służb, tajemnic operacyjnych, mafijnych interesów, seksu, miłości, zdrady, specyficznego humoru, drogich samochodów i nieco przejaskrawionych postaci. Taka tam romantyczna komedia sensacyjna o zabarwieniu dramatu.

Mimo że wątki się ze sobą łączą i przeplatają, mam nieodparte wrażenie, że coś mi umknęło. Nie zwalę tego na popcorn czy wizyty w toalecie, bo podczas seansu maksymalnie skupiałem się na filmie. 😉

W pewnych kwestiach zdecydowanie brakuje równowagi. Życie prywatne Beli mamy spłycone do trzech scen, kiedy kretynizm „Spuchniętej Anki” zostaje rozdmuchany do rozmiarów carskiego sterowca. W dodatku jedna z głównych bohaterek nagle schodzi na drugi plan, aby ustąpić miejsca drugiej, po czym wraca, aby zaznaczyć swoją rolę w całej historii. Fabuły broni fakt, iż za każdą z postaci kryje się szereg mniejszych lub większych dylematów moralnych. Wszyscy mają swoje słabości i problemy, z którymi muszą się zmierzyć.

Braku realizmu produkcji też nie można zarzucić, chociaż ten element stał się już nieco przewidywalny. Szczególnie rozpierduchy na drogach. Vege chyba kocha karambole. Oczywiście wprawne oko widza zauważy, że prawie każde z rozbitych aut zostało zgarnięte sprzed bramy złomowiska, jednak w naszym rodzimym kinie katastrofy komunikacyjne są swego rodzaju nowością. Szkoda tylko, że ta najnowsza wydaje się „kopiuj i wklej” kraksy znanej z „Botoksu”.

„Ja pierdole. Jeszcze z takim brzydkim to się nie bzykałam.”

Trudno jednoznacznie ocenić „Kobiety mafii”. Z pewnością nie jest to kino wielce ambitne, ale chyba odpowiada na potrzeby statystycznego konsumenta multipleksów.

Ten film został oparty na kilku mocnych scenach. Niestety większość z nich została zdradzona długo przed premierą w szczegółowych zwiastunach. Oczywiście, najbardziej soczyste perełki zobaczysz dopiero w kinie, niemniej w czasie seansu kilka razy złapałem się na tym, że wiedziałem, co się zaraz wydarzy. Szkoda, bo wcale nie potrzebowałem tej wiedzy. Po prostu śledziłem zbyt obfite w akcję trailery. Scena w pozycji „na pieska” w wykonaniu Spuchniętej Anki i Soboty czy scena na dachu budynku w sąsiedztwie więzienia latały po necie już tak dawno temu, że na dużym ekranie nie bawią.

Vega poszedł w stronę komercji, i chociaż na siłę stara się on być polskim Quentinem Tarantino, to nie do końca mu się to udaje. Z drugiej strony w świecie trudnych filmów lub sielankowych historii miłosnych „Kobiety mafii” są dobrą alternatywną dla tych, którzy szukają w kinie zabawnego brutalizmu.

Jeśli łykasz żarty Karola Strasburgera, nie wymiotujesz jeszcze Oświecińskim, lubisz dobre fury, koks i spluwy, to ten film na pewno Cię zadowoli. Pewnie wybiorę się na kolejną część razem z najlepszym kumplem, ale wydania na Blue-ray’u na pewno nie kupię.

PS.
O tym czy to Vega permanentnie się spierdolił, czy cała kinematografia idzie w złą stronę dowiemy się 15 marca. „Pitblull. Ostatni pies” albo udowodni, że nasz Tarantino ma rację, albo utopi go w Wiśle. Pasikowski to trudny przeciwnik, a walka idzie o dużą stawkę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *